http://www.polulnia.ecom.com.pl/
Polulnia

Witam,
Mam na imię Pola. Urodziłam się 9 lipca 2006 r. i  już na starcie zaczęły się moje kłopoty.
Kiedy ja usiłowałam się wydostać z brzuszka mamy, pani położna podała mamie leki, które najpierw zatruły mamę, a potem mnie. W rezultacie urodziłam się w zamartwicy
- nie oddychałam, tylko biło moje serduszko. Wtedy pojawił się pan doktor, który podłączył mi rurkę, żebym mogła złapać swój pierwszy oddech. Wróciłam...  
a  po 20 minutach oddychałam już sama. Przez kilka dni leżałam w inkubatorze, a do mojej mamy docierały coraz gorsze wieści na temat mojego zdrowia. Bardzo dzielnie walczyłam, jednak nie było ze mną dobrze.

Zostałam przewieziona do Centrum Zdrowia Dziecka. W karetce mój stan się pogorszył. Podano mi leki, które powodowały, że cały czas spałam. Lekarze powiedzieli, że nie będę sama ssała, widziała ani słyszała, nie mówiąc już o siedzeniu czy chodzeniu. Wtedy powiedzieli mojej mamie, aby umieściła mnie w hospicjum, ale my ani myślałyśmy się poddawać.

Po kolejnych dwóch tygodniach w szpitalu wreszcie po raz pierwszy otworzyłam oczy i zobaczyłam moją mamę, jej radość na widok moich pięknych niebieskich oczu była ogromna. Niedługo po moim przebudzeniu okazało się, że nawet potrafię ssać i połykać i choć początkowo było to bardzo trudne, to z każdym dniem szło mi coraz lepiej. Nie zjadałam jednak wystarczająco dużo, więc musiałam być dokarmiana sondą. Ze względu na duże napięcie mięśni moich rączek i nóżek codziennie przychodził do mnie pan, który mnie ćwiczył. Zrobiono mi jeszcze wiele różnych badań, wezwano różnych lekarzy i w końcu powiedzieli mamie, że może wcale nie będzie ze mną  tak źle, ale mogę mieć padaczkę. To była jedna z najlepszych informacji od dnia, w którym przyszłam na świat. 

Wreszcie nadszedł dzień, w którym mama dostała informację, że jeśli tylko poradzimy sobie same z jedzeniem przez sondę, możemy iść do domu. Więc wyszłyśmy. Kiedy skończył nam się zapas sond przyniesionych ze szpitala, a mama w żaden sposób nie mogła zdobyć kolejnych, okazało się, że zaczęłam sobie całkiem nieźle radzić z jedzeniem z butelki - był to nasz pierwszy duży krok naprzód.

Pierwsze tygodnie w domu nie były łatwe, przychodziły do mnie coraz to nowe ciocie, które ćwiczyły moje rączki, nóżki, oczka, uczyły rodziców, jak mają mnie układać, ubierać i karmić. Wtedy też bardzo dużo podróżowałam, mama i tata wozili  mnie wciąż po różnych lekarzach.

Po trzech miesiącach miałyśmy wykonać kontrolne badanie USG mojej główki. Tego dnia świat zawalił się po raz kolejny, okazało się, że mam w główce  za dużo płynu, który powoduje wodogłowie. Prosto od lekarza, który wykonał badanie, trafiliśmy znów do Centrum Zdrowia Dziecka. Tam lekarze długo nie umieli podjąć decyzji, czy należy mnie zoperować. Po tygodniu pobytu w szpitalu postanowili wszczepić mi zastawkę pomagającą odprowadzać nadmiar płynu z mojej główki. Operacja zakończyła się dobrze i po tygodniu mogłam wrócić do domu. Niestety, badania, które mi zrobili w trakcie pobytu w szpitalu, znów potwierdziły pierwszą diagnozę, że raczej sobie z niczym w życiu nie poradzę, w dodatku stwierdzono u mnie niedosłuch. Rodziców bardzo to zdziwiło, bo wyraźnie reagowałam na dźwięki. Kilkakrotne badania moich uszek potwierdzały tę diagnozę, dopiero wykonane po roku w instytucie patologii słuchu wykazały, że słuch mam nie odbiegający od normy. Dodało nam to sił do walki. Po jakimś czasie zdiagnozowano u mnie mózgowe porażenie dziecięce.

Od tej pory trwa moja intensywna rehabilitacja. Kilka razy z powodu różnych komplikacji byłam jeszcze w szpitalu, ale nie poddajemy się i wytrwale, każdego dnia, we współpracy ze specjalistami, ćwiczymy, masujemy, stymulujemy moje ciało, aby uczyło się prawidłowych odruchów i zachowań. Kosztuje nas to bardzo dużo czasu, wysiłku i pieniędzy.